Nosz kurrrr…,czyli nauka jazdy, stres, emocje, zmiana OSK i dlaczego warto było

 

Nie ma celu , którego nie można osiągnąć. Trzeba jedynie znaleźć do niego właściwą drogę – czyli kapitalny kogoś, kto przebył długą i wyboistą drogę do swojego prawa jazdy. Ale najpierw trzeba było zmoknąć na przystanku w oczekiwaniu na autobus 😉

„Najpierw będzie lekkie ukłucie, a później poczujesz jakby w twojej głowie wykoleił się pociąg z węglem.” Tak czasem wyglada pierwsze zetknięcie z nauka jazdy – jako „instytucją”.

Poczytajcie co nadesłała nam Monika

Mam na imię Monika, mam 33 lata, wspaniałego syna i męża, kilka dobrych lat mocnych życiowych doświadczeń i wielki apetyt na spełnianie marzeń.

Długo zastanawiałam się jak napisać ten tekst, by zawarł wszystkie emocje jakie towarzyszyły mi przy kursie na prawo jazdy i egzaminach ( tak, było ich kilka) i doszłam do wniosku ,że w moim przypadku to chyba niewykonalne. Umówmy się ,że na początek nazwę je wszystkie JEDNĄ WIELKĄ EMOCJĄ 😉

A było tak…

Kilka lat temu mąż zaczął mnie natrętnie namawiać do zrobienia prawka. Pukałam się w czoło i mówiłam :” Ale że co, że ja ?!Taki chodzący chaos ?? Nigdy !” To i podobne śpiewki. Totalnie nie wyobrażałam sobie własnej osoby za kółkiem-mało tego- bywało ,że siedząc na fotelu pasażera stresowałam się przed dłuższą trasą pomimo iż mąż jest bardzo dobrym kierowcą z ponad 30-letnim stażem.

Z biegiem czasu z coraz większą zazdrością pomieszaną z irytacją patrzyłam na znajome ( i nieznajome też) kobiety, które śmigały swoimi autkami po dzieci do szkoły, na zakupy, do kina… podczas gdy ja, tupiąc z zimna i pewnie trochę ze złości stałam na przystanku z moim synem i tęsknie wypatrywałam na autobus. Wtedy postanowiłam – idę na prawko ! Już sama decyzja przyprawiała mnie o lekkie dreszcze. Bałam się, że nie dam rady, że to nie dla mnie, że w ogóle nie ogarnę tej całej jazdy, bla, bla, bla…

Ok, przebrnęłam przez formalności, zaczęliśmy kurs teoretyczny. 5 spotkań po 2 h. Trochę mało, nie ? Już wtedy powinna mi się zapalić czerwona lampka, że coś jest nie halo z tą moją szkołą, ale wygoda wygrała-miałam na wykłady jakieś 300 m od domu. Nie powiem, facet dość jasno tłumaczył, wtrącał nieco ciekawostek i dużo humoru i w sumie podobało mi się. Do ostatniego spotkania. A miał na nim być egzamin wewnętrzny z teorii. Owszem, był ale… grupowy.

Tak, dobrze czytacie- WSPÓLNIE WSZYSCY WYPEŁNIALI JEDEN TEST.

Szok… mało powiedziane. Oczywiście wszyscy zdaliśmy , co było zresztą łatwe do przewidzenia. Za kilka tygodni zaczęłam jazdy. Na początku szło mi dość opornie ale z czasem stres związany z brakiem umiejętności zastępowało przyjemne uczucie odprężenia. Do czasu , gdy wyjechałam na miasto-
a było to , UWAGA, na 8 godz. jazd. Tak , serio. 7 godzin spędziłam wraz z instruktorem na zwiedzaniu wiejskich dróg i dróżek i parkowaniu przy pierwszym lepszym wjeździe na czyjeś podwórko (uwaga, nie polecam tego sposobu , miejscowi niechętnie patrzą jak im się wjeżdża na posesję).

Zapewne już się domyślacie jakie było moje przerażenie, gdy nagle z wiejskiej szosy „przesiadłam się” na jezdnie z trzema pasami ruchu, z kolumnami samochodów i jakimś samotnym drzewkiem co kilka km a nie na odwrót. Trzęsłam się, nie słuchałam poleceń instruktora, miałam wrażenie ,że mnie zaraz wszyscy rozjadą:) Ale tak się nie stało, w niewielkim odstępie czasu opanowałam strach i jeździłam aż miło. Ale głownie do przodu, trochę w prawo, trochę w lewo. Praktycznie zerowa nauka manewrów, np. parkowania w ciasnych ulicach, zawracania na nich, itp. Efekt tego był taki, że po celująco zdanej teorii mój instruktor oznajmił mi, że „ no wiesz Monia, ja Cię nie chcę naciągać na dodatkowe godziny ale Ty się jeszcze nie nadajesz na egzamin, jeszcze wiele nie umiesz…”. No miał chłop rację- za wiele nie umiałam, między innymi dzięki jego „zaangażowaniu”.

A ja świadoma swoich braków w umiejętnościach przyznałam mu rację i … zmieniłam instruktora ! Wykupiłam dodatkowe lekcje u kobiety, która po pierwszej jeździe ze mną uzmysłowiła mi ,że to nie ja jestem głupia tylko mój instruktor to leń. Jazdy z nią okazały się bardzo przyjemne, po każdej czegoś się nauczyłam.

Egzamin

Przyszedł czas egzaminu. Stres , ale taki lekki , na zasadzie „ i tak nie zdam , to przynajmniej pójdę sobie zobaczyć jak to wygląda”. Jeździłam całe 15 minut łącznie z placem, prawie w ogóle nie docierały do mnie polecenia egzaminatora i w końcu poległam na parkowaniu.

Następne egzaminy w zasadzie różniły się od siebie, może z wyjątkiem 3 i 4, który oblałam …na łuku. Na moim perfekcyjnie wypracowanym łuku, no żesz cholera jasna! Dziś wiem, że miałam tak silną chęć zdobycia tego prawa jazdy, że przyćmiewała mi po prostu jasność umysłu. Byłam załamana. Czułam się okropnie i wiecznie zadawałam sobie pytanie : „dlaczego nie mogę zdać ?!” Odpowiedź uzmysłowiłam sobie dopiero po siódmym oblanym egzaminie a raczej moja ówczesna egzaminatorka to zrobiła. Gwoli jasności: cierpię na zespół lęku napadowego, który przybiera na sile w mocno stresujących sytuacjach. Jak mogłam o tym nie pomyśleć ? Nie wziąć pod uwagę tego,że mój stan psychiczny będzie utrudniał sprawę ? Pani egzaminator okazała się aniołem w ludzkiej skórze, która nie dość ,że mnie wysłuchała to jeszcze dała mnóstwo wsparcia
w postaci ciepłych słów i oznajmienia,że potrafię jeździć. No i zdałam następny egzamin ! Oczywiście radość nie miała granic a dopełnieniem szczęścia był okrzyk męża w telefonie , który wiwatował na moją cześć 🙂

Dziś wiem, że pozytywny wynik egzaminu to nie był jedyny sukces jaki odniosłam w trakcie nauki jazdy. Dzięki kursowi pokonałam wiele swoich wewnętrznych słabości i lęków, udowodniłam sobie, że największym hamulcem do spełniania marzeń jest strach i lenistwo.

Pamiętajcie, nie ma celu , którego nie można osiągnąć. Trzeba jedynie znaleźć do niego właściwą drogę.

Monika

Prawo jazdy, czyli bieg po marzenie

Czytaj też